28 sierpnia 2013

Vida dura.

Znalezienie Chrystusa, które było moim głównym celem podróży do Rio nie należało do łatwych....

W niedzielę wieczorem dotarłam do Rio. Dzielnica Leblon - najdroższa w mieście. Dwupoziomowe mieszkanie, na najwyższym piętrze, z basenem. Czemu się tak bardzo tym chwalę? Bo zwykle podróżuję w stylu niskobudżetowym - hostele, kanapki na trzy dni. Takie mieszkanko było wygraniem życia i prezentem pod choinkę ;)

Nie muszę wspominać, że poniedziałek zaczęłam od zgubienia się? Najwyraźniej przez zamknięcie ulic, spowodowne budową nowej linii metra, która stoi w miejscu przez strajk.


Pamiętacie tegoroczne czerwcowe strajki w Brazylii? Ludzie domagali się pokazania rachunków. Mistrzostwa Świata 2014 JUŻ pochłonęły więcej pieniędzy niż trzy ostatnie Mundiale razem wzięte. Nie ma pieniędzy na leki dla szpitali, brakuje reali na edukację, a tu budują nową stację metra, podwyższają ceny biletów, mimo tego, że rząd dostał potężną skarbonkę od FIFA. 

Wracając do tematu - po względnym odnalezieniu się, udałam się do Ogrodu Botanicznego. Fajny - dużo różnych krzaków :) Nigdy nie byłam wielką fanką roślin. Zwiedzanie uratowały małpki skaczące po drzewach, goniące się i spychające jedna drugą. Poza tym, są niesamowicie ludzkie. Uderzyło mnie to jak jednej spadł orzeszek i zaczęła się za nim oglądać. 














Miałam wejść na Chrystusa, aczkolwiek pojawiły się chmury. Hop do domu. 

Wtorek zaczęłam od spaceru plażami Leblon, Ipanema i Copacabana, na której znajduje się punkt sprzedaży biletów na Jezusa. 





Ostatnie wolne miejsca były na godzinę szesnastą, więc pojechałam do Centrum. Podczas podróży metrem wsiadło dwóch chłopaków z pandeiro (tamburynem). Zaczęli śpiewać i grać sambę. Reakcja publiczności - ponure miny i wzrok w podłogę, a nie czekajcie, tak by było w Polsce. Ludzie śpiewali razem z nimi, na końcu posypały się gromkie brawa i pieniążki. Dzień stał się piękniejszy. 

Muzeum Sztuki Rio (MAR) okazało się dobrym wyborem - piękny widok, świetna wystawa fotografii poświęconych Jezuskowi i kilkadziesiąt/kilkaset różnych obrazów. 









Kierunek Chrystus - hehehehehehe... Wysiadł prąd w tramwaju. Dziękuję dobranoc. Do trzech razy sztuka. 

Wróciłam do Centrum. Ogólnie - Centrum w Brazylii, to zwykle najtańsza (po fawelach) część miasta. Nowe ciuchy, płatki owsiane, białko i mleko sojowe. Były na wagę. Wysiadłam na Copacabanie. Do przejścia siedmiu kilometrów skłonił mnie wyłącznie księżyc. Niesamowity (jak zawsze - pozdro Lua). Na granicy Ipanemy i Leblon wypiłam Caipirinhę. O vida boa.


W środę wreszcie wjechałam na Corcovado. W połowie dosiadła się do nas grupka Batucady - samby karnawałowej i rozkręcili tramwaj. Chrystus, zdjęcia i do Araruamy. 




Daqui pra ali, de la pra ca.

12.08 Quase 22

Już nie mam jedyneczki z przodu. I coraz mi bliżej do 22 - wieku szaleństwa. Na urodziny dostałam dwa cudowne cuda - tort orzechowy i picanhę.



13.08. Tia 

Wreszcie udało mi się dotrzeć do Casa da Alegria, świetlicy dla dzieciaków z Muitrao - tutejszej faweli. Półtora roku temu zaczęłam regularnie pomagać Mestre w zajęciach. Dzieciaki mnie pokochały - z wzajemnością. Gdy weszłam, w połowie treningu, wszystkie, w jednym momencie się na mnie rzuciły.

Później pojechałam zobaczyć projekt Jeana - CAPOEIRARTE. Tam też kilka znajomych twarzy. I wielki szacunek dla mojego blondwłosego brata - w ciągu pół roku zdobył czterdzieścioro uczniów, którzy reprezentują naprawdę bardzo wysoki poziom.


14.08 Atrazada

Wchodzisz po dwóch dniach na fejsbóka i znajdujesz najcudowniejsze wideo na świecie, z życzeniami od ASC.

Poza capoeirą, którą w Araruamie miałam zamiar odpuścić, zaczęłam chodzić na siłownię, na zajęcia CIRCUITO SAUDE - taka Crossoeira - dużo ćwiczeń, małe obciążenie, jak najwięcej powtórzeń na minutę, POT.




20 sierpnia 2013

Szukając stejka życia

13.08 Brooklyn

Lot do São Paulo był bardzo spokojny. Dzięki udostępnionej filmotece dwanaście godzin minęło szybko. Gdy wysiadłam na lotnisku, poczułam się jak w domu – coxinhas, mate leão, pão de queijo. I wreszcie udało mi się znaleźć Wi-Fi.


Wychodząc z samolotu w Buenos Aires poczułam zimno... Końcówka zimy – taka nasza marcowa pogoda. Od razu znalazłam odpowiedni autobus, nie miałam drobnych a tu można płacić tylko monetami. Kierowca pozwolił mi jechać na gapę. Inna sprawa, że nie powiedział mi, gdzie mam wysiąść. Więc zrobiłam rundkę po Buenos Aires. Przesiadłam się, ale nadal nie miałam drobnych. Jakaś para uratowała mnie, stawiając wycieczkę. Karma wraca. Doszłam do hostelu, w który od razu zaprzyjaźniłam się z recepcjonistą Alejandro (tak, przez “h” jak w telenowelach) i barmanem Sergio. Bo mój hostel ma bar na dachu. Z widokiem.

Prysznic, check-in i przechadzka. Jak zwykle nie w tę stronę i zagłębiłam się w okołodworcową, mniej ciekawą okolicę. Na pierwszy rzut oka (i kilka kolejnych też) w Buenos Aires jest bardzo dużo klasy średniej. Nie wiem czemu, ale stolica Argentyny kojarzy mi się strasznie z Nowym Jorkiem, pokazywanym w filmach. Tylko mniej Czarnoskórych. Też dziwne. Japończyków prawie nie ma.

W każdym razie – pierwsza przechadzka dwiema ulicami, a ja zostałam oczarowana tym miastem.
No i wołowiną (chociaż, mimo tego, że przebiła wszystkie stejki jakie w życiu zjadłam, czuję że można znaleźć jeszcze lepszą).




Zobaczyłam kilka najważniejszych zabytków – Plac Kongresowy, Casa Rosada i port.











Wróciłam do hostelu, chwilę porozmawiałam z moimi współlokatorami z Australii. Kurczę, mimo tego, że uważam mój angielski jest naprawdę na dobrym poziomie, to nie mogłam ich prawie zrozumieć. Dziwni jacyś...

4.08 Caminito
Przed dziesiątą wyszłam z hostelu udając się w kierunku San Telmo – dzielnicy, w której w niedziele odbywa się megatargowisko wszystkiego.





Dygresja (tłumacząca wiele). Moja mapa wygląda tak, że mam zaznaczone miejsca, które muszę odwiedzić: zielonymi kółeczkami (do tego literki: b – bounce, k – kawa, t – tango, Ph! – party hard, J – jedzenie) i czarnymi kółeczkami (zabytki).

Wracając do zwiedzania. Myślałam, że idę zobaczyć jakiś ważny plac, a później zapytam kogoś, gdzie jest targ. Targ San Telmo znalazł mnie sam, zaskoczył, osaczył i zachwycił. Pojęcie WSZYSTKO nabrało dosłownego znaczenia. Ostatecznie – nie kupiłam nic. Za dużo.






Po wyjściu z targu i stanu poważnego szoku, poszłam na stadion Boca Juniors (kojarzycie Diego Maradonę?). Dzielnica La Boca – średnio przyjaźnie wygląda (jak taka lepsza fawela). Wybroniłam 20 pesos zniżki i zwiedziłam muzeum klubu, które, o dziwo, nie jest poświęcone Boskiemu Diego.







Po wyjściu nóżki doprowadziły mnie do jednej z głównych atrakcji Buenos Aires – El Caminito. Taka uliczka kolorowych domków. Podobno, gdy kończyła się jedna farba, którą mieszkańcy malowali fasady, brali pierwszą z brzegu nie zastanawiając się nad tym, czy pasuje, czy nie. Efekt rozbrajający.
Miałam też okazję zobaczyć tango. Bijący sensualizm.







W drodze powrotnej zaskoczył mnie tłum na San Telmo. Ilość osób na metr kwadratowy porównywalna do tej podczas Karnawału. Łokcie przed siebie, klapki na oczy i na Wałbrzych! Gdzieś mignął mi Jack Sparrow.

Skype, stejk z Burgundem i film w salonie z Kangurami. A później małe czytanko, rozmowa z Urugwajczykiem i spanie.


5.08 Guitarra
Muszę kiedyś odpalić mapy Google i zobaczyć ile przeszłam (update: nie licząc błądzenia i wyjścia na stejka, w przybliżeniu – 15 kilometrów).

Po śniadanku poszłam zobaczyć (kolejny) cmentarz. Stadiony i nekropolie stały się głównymi punktami zwiedzania miast. Akurat trafiłam na pogrzeb (O.o). Ludzie nie mieli kwiatów, sama ceremonia też trwała nie więcej niz pół godziny. Ja w tym czasie nasycałam się widokiem grobowców takich jak w Mediolanie i rozpracowywałam ich budowę. Otóż pod całą kapliczką, w której „na widoku” jest trumna (widziałam jedną rozwaloną – zarys umarlaka pod jakimiś materiałami) znajdują się podziemia z półkami na inne trumny, kolejnych członków rodziny. Jeden wywietrznik wywarzono, zajrzałam, przekazuję, jakby ktoś się kiedyś zastanawiał.




Wyszłam na ulicę del Libertador, szukając Biblioteki Narodowej. BUCH! Kolejny ogromny budynek w Buenos Aires. I obok jest jakaś filia imienia Gombrowicza. Aż miło. (zdjęć nie ma. komputer zjadł)



Doszłam do Ogrodu Botanicznego. Krzaki, drzewa, przyroda, takie tam.
Dalej miałam jechać metrem, ale zdecydowałam, że do największej argentyńskiej księgarni dostanę się na nóżkach (no bo co to jest pięć przystanków metrem...).

El Ateneo było kiedyś teatrem/operą, teraz wszędzie są półki z książkami, a na scenie jest kawiarnia i miejsca do czytania.

Żołądek zaczął się odzywać. Niestety, wybrana przeze mnie restauracja była zamknięta (wszystkie jadłodajnie w pobliżu San Telmo, po wielkim targu w niedzielę, zaczynają żyć dopiero około dziewiętnastej w poniedziałek). Znów spędziłam półtorej godziny na szukaniu knajpy i wołowiny życia. I znalazłam deptak. I stejka życia. A! Wcześniej spotkałam Malfadę, pierwszą Panią Filozof Argentyny.




W recepcji hostelu Alejandro szlifował grę na gitarze.
A: Śpiewasz?
Ja: Tylko po portugalsku.
A: A znasz Natiruts?
...
Chwilę później śpiewałam to:


Następnie powymienialiśmy się muzyką  na jutubie.

Około 21 poszłam do baru. Tam wypiłam piwo. Błąd. Nie skończyło się rzygankiem, ale mój żołądek po przygodzie z tłokiem nie cieszy się z alkoholu. A noc się dopiero zaczynała. Dużą, międzynarodową grupą (złożoną z Kangurów i reszty) poszliśmy na bounce’y.
Impreza godna Brooklyn’u. Włącznie z bójkami, dymem na parkiecie i laską, która prawie wyskoczyła do mnie z pięściami... No i niskimi Czarnoskórymi mężczyznami w kolorowych czapeczkach. Impreza naprawdę warta przeżycia. No i DJ – czapki z głów!

6.08 „Bienvenido al desordem”
Ostatni dzień w Buenos Aires (bo w ramach oszczędności zdecydowałam się spać na lotnisku) zaczęłam od pójścia do ESMA, Szkoły Militarnej, która okazała się być w remoncie. Mimo tego, nie żałuję, bo kilka przecznic dalej była ulica ze „wszystkim tanim” -> ZAKUPY!

Ostatnie samojebky, stejk. Gdzieś minęłam ulicę Jujuy, a „J” w hiszpańskim się czyta jak „H”. Znalazłam tez przemiłą kawiarnię. Kawa nie zwaliła mnie z nóg, ale miejsce specyficzne, kolorowe.



W drodzę na lotnisko, minęłam slumsy, w ramach robienia klimatu w słuchawkach De La Soul i RUN DMC.

Mój ryjek po cudownym, intensywnym, megamęczącym tygodniu.