7 grudnia 2016

Nóżka, stópka - Barcelona

30.11.2016

Event i przygotowania do niego były takimi pożeraczami siły, że stwierdziłam, a właściwie, to nie stwierdziłam, tylko po prostu kupiłam bilet do Barcelony. Tak jak bilety drożały, tak jakimś cudem w poniedziałkowy, powarsztatowy wieczór poszły 12 euro w dół.

Po wtorkowym treningu zaliczyłam szybkie opowieści Ariela z Tajlandii i, bez spania (takie tam pozostałości z X-lecia), o czwartej rano wyruszyłam LuxBusem na lotnisko Berlin Schonefeld. Bardzo polecam przewoźnika, serio - różnica między nim, a Polskim Busem wynosiła dyszkę, a jak się rozłożyłam w super wygodnym fotelu, to obudziłam się na lotnisku.

Na lotnisku, z serii "przypadki chodzą po ludziach" i "świat jest mały", spotkałam Kubusia wracającego z Bułgarii, czekającego dziewiątą godzinę na autobus. Pogadaliśmy i poszłam spać do samolotu. Przebudziłam się po godzinie i, gdy zobaczyłam, że jeszcze nie wystartowaliśmy, nawet się ucieszyłam, że jeszcze tyle spania...


Doleciałam na El Prat, a tam jakby huragan przeszedł lub grupie amerykańskich dzieciaków ktoś nie dał cukierka na Halloween. Psikus taki: papier toaletowy wszędzie, zatkane zlewy, przepełnione kosze na śmieci, dywany ze skrawków gazet. I naklejki typu "LIMPIEZA EN LUCHA".




Dojechałam pociągiem na Passeig de Gracia, a stamtąd do hostelu na czuja (gubiąc się oczywiście z dziesięć razy). Zawsze, gdy przyjeżdżam do Barcelony wybieram sobie inny hostel - zwykle jak najbliżej La Rambli, ale po ostatniej wizycie bardzo mnie urzekła dzielnica El Born. Ekstra lokalizacja, dziesięć minut od Rambli, metro pod nosem, taras i przede wszystkim - mega dużo prywatności w pokoju osiemnastoosobowym. Każdy miał swój minipokoik z materacem, szafką, firanką, no i miejscem na głowę. 



Bez większego ogarniania skoczyłam na śniadanie - tortilla espanola, które zapchało mnie na kolejne kilka godzin chodzenia. 

Barcelonę widziałam z góry kilka razy - z Tibidabo, Montjuic, Vallvidiery, mieszkania Piotrka. Teraz poszłam do bunkrów El Carmel. 

Wycieczka schodami, pod górkę, na czuja, to już taki standard, to samo z zdążeniem na ostatnie momenty słońca, zanim schowa się za górami. To jest takie cudowne uczucie - zapierniczasz po tych schodach, pocisz się, dyszysz, już nie możesz, jak najszybciej, i nagle... STOP... Widok taki, że wyłączasz wszystko i siadasz. 




Siedziałam, słuchałam sobie Natiruts i czekałam na mój drugi ulubiony moment - zaszycie się w jakimś kącie i spokojne patrzenie na zapalające się światła w mieście. (Nie)stety, zwykle w takich momentach przychodzą mi do głowy głupie pomysły. "Pójdę pieszo do portu, przecież to nie jest tak daleko". W linii prostej być może. Bez mapy, bo przecież dam radę, jest daleko. 





No ale doszłam do plaży, ochłodziłam stópki w morzu i poszłam na krewety i sangrię. Wtedy na liczniku miałam 18 kilometrów pieszo. 





I miałam iść do hostelu, ale #człowiekniejesttaki i trzeba sprawdzić, czy wszystko w centrum w porządku. Było bardzo spokojnie - może dlatego, że była środa. No ale... Ostatnio mury przy Katedrze zaskoczyły mnie tańcami regionalnymi - Sardaną, więc i tym razem dałam im szansę. Wygrałam życie, gdy usłyszałam "O sole mio" na żywo. Był człowiek - Puszek - śpiewał cudownie, ale delikatnie się puszył (choć i tak w granicach dobrego smaku) oraz jego kompan Alberto - prawdopodobnie emerytowany śpiewak operowy, lat około 75. Tyle ile ognia on z siebie wykrzesywał, i ile szczerej radości... Naprawdę kilka razy się wzruszyłam. Widownia podobnie. 





1.12.2016 
Dzień zaczęłam treningiem na plaży, śniadankiem z targu i przyjmowaniem słońca na ryjek. Barcelonę mam w miarę obcykaną jeśli chodzi o główne punkty turystyczne, więc postanowiłam, że wybiorę się do jakiejś fajnej, mniejszej miejscowości obok. Padło na Sitges. W drodze na stację spotkałam oczywiście Olgę (#światjestmały), z którą umówiłyśmy się na późniejsze wegejedzenie. 




Do Sitges jechałam godzinę. Duża część drogi wiedzie przez miasto i suburbia Barcelony, a trochę mniejsza przez mosty i krawędzie gór. 

Samo miasteczko jest taką małą śródziemnomorską miejscowością. Ma swój kościół Św. Bartłomieja, przeurocze gotyckie uliczki, mnóstwo restauracji, ścieżki wzdłuż wybrzeża i port. 










Jak usłyszałam "port", to wyświetliły mi się stare łódki, wytatuowani rybacy, ryby bez głów, budki i tawerny. No nie do końca tak to wyglądało. 



Porcik dla łódek wypasionych - podobny klimat jak w Rimini. Bogaci ludzie, drogie restauracje. A ja poszłam jeść do taniej. Zupa krem z ciecierzycy połączona z dorszem była super połączeniem smaków. Zawiodłam się niestety na paelli - dwie muszle i krewetka w rosole z kalmarami. 

Powrót był ekstra, bo miałam słońce za plecami, które pięknie oświetlało skały, domy i morze. Znów decydując, że nie pójdę spać o 20, przeszłam się zobaczyć Font Magica - śpiewająco-tańcząco-świecącą fontanne. Po drodze zboczyłam z trasy i znalazłam "Bar Caipirinha". Weszłam, pogadałam po portugalsku o Europie i Brazylii, zjadłam coxinhę. Fontanna była wyłączona. Powrót oczywiście przez Dzielnicę Gotycką - znów opera, tym razem śpiewała Rosjanka i Alberto. 







2.12.2016 
Na targu znalazłam świeżą gujawę. Radości co niemiara - nawet acai mi się nie kojarzy z Brazylią, jak ten owoc. Plan miałam taki: iść z buta do Badalony - kolejnego miasteczka portowego, tylko to akurat wchodzi w "skład zespołu miejskiego Barcelona", na krewetki (najlepsze krewetki mojego życia). Mapa pokazała 12 kilometrów. Wymiękłam dwóch godzinach marszu. Nie tak od razu oczywiście. Dopóki szłam plażą na boso, było nawet miło (dopóki nie doszłam do takiej, która pełna była golasów 65+, w różnych dziwnych pozycjach - piasek nagle stał się bardzo interesujący), ale gdy zakładałam buty, po pół godziny zaczynały mnie boleć moje wysklepione stopy (zapaliłam sobie ścięgno). Mogło mieć wpływ też to, że od przyjazdu robiłam po 20 kilometrów dziennie, pieszo. Argumentem numer trzy była droga, którą musiałabym przejść - suburbia i trasa wzdłuż torów, lub droga ekspresowa - nic ciekawego. 






Poszwędałam się po dzielni i znalazłam metro. Przesiadka, wyjście na powierzchnię i... zamknęli mi krewetki przed nosem. Znalazłam inne, nieco gorsze. Ale siedziało się wybornie. 




Byłam ustawiona na roda w grupie Matumbe, ale nogi miałam jak po czterech godzinach treningu z Tośkiem bez przerwy (nigdy czegoś takiego nie przeżyłam, ale tak musi być odczuwalne). Odpuściłam, ale to nie ucieknie. //Swoją drogą, tak teraz myślę, że gdyby nie to skręcenie skokowego w maju, to bym poszła.//

Aaa... Totalnie bym zapomniała. Ostatnio jak byłam w Barcelonie odkryłam dzielnicę El Born, a w niej takie totalnie magiczne miejsce kawiarnie-graciarnie - miejsce od sąsiadów - dla sąsiadów. Wtedy byłam bez kasy - zaraz po tym jak bankomat zjadł moją kartę, ale spisałam sobie adres i powiedziałam, że następnym razem nie odpuszczę. Fajna sprawa - centrum sąsiedzkie kładące nacisk (jak całe miasto) na asymilację imigrantów. W związku z tym - bardzo dużo serwowanych potraw jest z Afryki. Ot taki deserek. 




3.12.2016
Dzień był bez planu, więc zaliczyłam śniadanie klasyka z La Boqueria z Kolumbem i pojechałam na te krewetki. 



Zdecydowanie warto było.






Wróciłam i poszłam do Guzzo, gdzie akurat odbywała się Roda de Samba e Choro. Mega brazylijski klimat. Aż stópki cierpiąc same chodziły. 


video

Zdecydowałam, że pójdę też obejrzeć El Clasico - mecz Barcelona - Real, wszędzie było tak pełno, że chwilę popatrzyłam i udałam się na spotkanie z Olgą. Później się tylko zastanawiałam, czemu miny ludzi na ulicach takie nijakie (1:1 - wyrównane przez Real w 90 minucie). 

Wieczorkiem zrobiłam jeszcze małe zakupy - guawę co by się lepiej leciało i żyło.

Ogólne wrażenia? 
Mało ludzi! Znaczy ok, jak się wylali w sobotę na ulicę, to nie mogłam nigdzie przejść. Ale poza weekendem, było naprawdę pusto. 

Druga sprawa - mniej nagabywaczy "SZALPAREO" - czy to na plaży, czy na Rambli i innych miejscach turystycznych. 

Więcej zielonych eko-wege-wegan-bio-knajp. Wszędzie. Tylko akurat nie miałam misji, żeby do nich pójść. No raz, na falafelka. 

Bezpieczniej i zdecydowanie mniej dilerów. Lub lepiej schowani. 

Super się czuję w tym mieście. I tęsknie za nim - raz do roku w Barcelonie wypada być. Nawet nieźle to wychodzi. I każdy mój wyjazd do niej jest inny - zawsze szukam czegoś innego - raz spokoju, raz imprezy, raz poznania ludzi. I za każdym razem ona spełnia te oczekiwania. 

Do następnego!!