30 stycznia 2012

nabank

rozliczam, dzwonie, zamykam konta i karty.

nie umieram.

kto da rade, jak nie ja?


obiecuje, ze cos tu zaistnieje. jak tylko sie ze wszystkim uporam.

Dalam rade, nastepne uzycie internetu bedzie blogowe.

Tymczasem:

Babciu!!!!! SERNIKAAAAAAA!!!!



Tak dla zabicia czasu, napisze o co prosze komitet powitalny, gdy bedzie mnie witac na lotnisku

- swiezy chleb z serkiem wiejskim, pomidorkiem i szczypiorkiem
- kefirek
- sernik
- kawa z coffe heaven (kahlua caramocha)
- zelki

szefem komitetu oglaszam Manka, ktory, nie mam watpliwosci, zalatwi to wszystko ;)

22 stycznia 2012

Na Bahia de São Salvador

16.01.2012, Poniedziałek.
Bliżej Boga.

Poszłam spać późno, obudziłam się wcześnie.
Łazienka, śniadanie i byłam gotowa. Pojechaliśmy na lotnisko.
Nie lubię tych momentów, w których się stoi, nic nie mówi i czeka. Dlatego zawsze jak najszybciej idę na odprawę, tudzież wchodzę do pociągu/autobusu.

Przekroczyłam bramkę, kupiłam białe MMSy. Gdy już usiadłam w samolocie, Pan Steward poinformował mnie i współpasażerów z rzędu, że siedzimy przy wyjściach awaryjnych i jesteśmy odpowiedzialni za ludzkie życie. Dobra strona tych miejsc, to to, że dostaliśmy jedzenie jako pierwsi.

Nie wiem jak to się stało, ale w samolocie puścili nam "Kota w Butach". W pewnym momencie jest tam scena w chmurach. Spojrzałam za okno - chmury.

Lot minął szybko - bez turbulencji i potrzeby otwierania wyjść ewakuacyjnych.

Różnice dało się dostrzec już z góry (pamiętajcie, że jestem salwadorskim fanatykiem i nie wszystko jest obiektywne). Salvador jest jaśniejszy, bardziej przejrzysty niż Rio. Wydaje mi się, że to przez brak tylu  pagórków (które w Chrystusowym Mieście rzucają cienie) i czystość oceanu, który w Bahia jest naprawdę turkusowy.

Z lotniska dostałam samochód z szoferem, który zawiózł mnie do hotelu. Tam poznałam naszą opiekunkę - Darę. Chwilę później dojechały moje współlokatorki - Meksykanka Minerva oraz Amerykanka Allison. Pierwsza jest tancerką o bardzo mocnym charakterze, śpiącą nago, a druga strasznie grzecznym, sympatycznym, niepijącym, brazylijskim no-lifem.

Wieczorem do hotelu przyjechała grupa, która robi wycieczkę Northeast (cały region północno-wschodni). Trochę zdębiałam, gdy usłyszałam "Cześć, cześć". Zobaczyłam Martę, którą poznałam w Wiktorowie, na obozie przedwymianowym. Ucieszyłam się bardzo. Obie mamy problemy z polskim i dziwny akcent . Obgadałyśmy ludzi, opowiedziałyśmy sobie historie i podzieliłyśmy się wrażeniami.

Było nas razem około czterdziestu osób. Co chwilę ktoś zwracał się do mnie w innym języku. Amerykanie wyindywidualizowali się z rozentuzjazmowanego tłumu i rozmawiali między sobą z tych ichnim akcentem. I jedli makaron z kiełbasą i serem. 
Meksykanie z kolei są przesympatyczni i kochają cały świat. 


Na kolację wreszcie zjadłam takiego francuskiego naleśnika. Z białą czekoladą i goiabadą. Najlepsze połączenie na świecie. 
A faza na jedzenie krewetek mi nie przechodzi. 


Na koniec dnia w mojej głowie pojawiło się pytanie: Skąd się bierze deja vu?




17.01.2012, Wtorek. 
Tartarugas.

Wstałam wcześnie, bo wymieńcy wyruszali rankiem w dalszą podróż i mieli naszą czwórkę podrzucić na Praia do Forte. Podczas śniadania mój humor polepszyły dwie rzeczy: prawdziwy chleb i twaróg. Oprócz tego jogurt, owoce i jajecznica.


Do Praia do Forte było półtorej godziny drogi. Autobus był bardzo wygodny, więc dałam się porwać Morfeuszowi dość szybko. 


Na plaży spędziłyśmy około czterech godzin. Napadł na mnie krab. Obiad zjadłyśmy w Subway'u. Na drzewie leżały iguany. 



Przez cały ten czas czekałyśmy na drugą grupę wymieńców, która miała z nami zostać już do końca. 


Po obiedzie nie wróciłyśmy na plażę - poszłyśmy usiąść w centrum, w cieniu. Zobaczyłam baiankę. Gdy chciałam zrobić zdjęcie, przywołała mnie ręką. Wytłumaczyła, że to jej praca itp. W każdym razie, zaczęłyśmy rozmawiać. O kulturze, candomble, życiu. 


Konwersacja trwała spokojnie z pół godziny, później zrobiłam zdjęcia, dałam Fatimie pieniądze i poszłam poznać towarzyszy moich najbliższych dni. Dużo Meksykanów i jedna Polka - również Marta. 


Weszliśmy zobaczyć Projekt Tamar. Dużo dużych żółwi. Mimo, że śliczne, jakoś mnie nie powaliły na kolana. Był też rekin.



Po wyjściu dostaliśmy godzinę czasu wolnego. Szczerze powiedziawszy, zdziwiła mnie wszechobecność capoeira. Instrumenty, namalowane rodas na ulicy, dźwięki berimbau. Myślałam, że spotkam się z tym głównie w centrum Salvadoru - Pelourinho, Mercado Modelo. Taka niespodzianka. 


Dołączyłam do grupy chłopaków, gdy włączył im się tryb kobiecych zakupów usiadłam obok sprzedawcy z dreadami. Rozumieliśmy się w tym milczeniu. 


Pojechaliśmy na kolację. Po niej w hotelu czekało na nas mnóstwo wymieńców. Razem ponad sto osób. Wreszcie Włosi - do tej pory dziwił mnie ich brak. Poznałam wiecznie podekscytowanego  i gadającego Eduardo i Carlo, z którym zapewne mam wspólnych znajomych na fejsie. Jest z miejscowości trzydzieści kilometrów oddalonej od Padwy (Padovy?) i jego znajoma gościła kogoś z Polski. 
Pojawili się również Hindusi. Z jednym przedyskutowałam filmy z bollywoodu, zaśpiewał mi piosenkę, a później puścił muzykę z mp3. 


Do naszego pokoju dołączyła dziewczyna z Indonezji. Zdziwiła się widząc półnagą Minervę. 













18.01.2012, Środa 
Nativo. 

Podczas śniadania dało się usłyszeć mój język ojczysty. To z powodu Polaków, którzy również mieszkali w naszym hotelu. 

Najpierw wstąpiliśmy do marketu, kupić jedzenie na piknik na wyspie. Następnie przejechaliśmy przez miasto, by dotrzeć do portu. Widziałam z daleka Mercado Modelo i fawele. Są tu one bliżej "normalności". Nie wiem jak w Sao Paulo (Paulino - uzupełnisz?), ale w Rio dzielnice są bardziej odseparowane od reszty miasta. Często tylko wyglądem, ale są też prowizoryczne mury/ściany. Ludzie w Rio de Janeiro są bardziej uprzedzeni do"favelados". 


Skoro już jesteśmy uprzedzeń. Bernardo (kierownik wycieczki) zaczął opowiadać o plażach w Salvadorze - Itapua i innych. I mógłby tak mówić, ale w pewnym momencie dostał minusa. Za zdanie "Na plaże w mieście chodzą ludzie hmm... prości". No rzeczywiście - pieniądze są skomplikowane. Podpadło mi to słowo. Mógłby powiedzieć "biedni", ale zapewne naruszyłby jakiś kodeks rycerski. 


Wracając do wyprawy - wsiedliśmy do łodzi i popłynęliśmy na naszą prywatną wyspę. W trakcie, kapitan włączył muzykę z Bahia. Poleciało "Tchubirabiron". Kto był mistrzem parkietu? Oppa!


Dotarliśmy. Wskoczyliśmy do lazurowej, przejrzystej, ciepłej wody i dopłynęliśmy końcówkę drogi do wyspy wpław. Oprócz nas była grupa ludzi z piwem. 





Leżałam sobie na plaży. Podniosłam się w celu zmiany pozycji i zobaczyłam grupkę trzech osób. Jedna niosła coś podobnego do wędki. Dopiero, gdy zobaczyłam cabaca, byłam pewna, że to berimbau.  


Capoeiristas mają radar. Myślę, że to wyraz oczu, gdy widzimy berimbau. Albo przywołujemy się wzrokiem. 


Pięćdziesięcioletni profesor capoeira angola spojrzał na mnie i zaczęliśmy rozmawiać. 


Renato wyglądał jak włóczęga, z plecakiem, dreadami i berimbau w ręku. Mieszka na wyspie. Bardzo rzadko płynie do miasta. Ćwiczy Capoeira Angola w FICA (Fundacao Internacional de Capoeira Angola). Jest uczniem ucznia ucznia Mestre Pastinha. Zaczęliśmy sobie śpiewać, ludzie robili nam zdjęcia. Niestety Renato nie spodobał się organizatorom, więc gwizdnęli na mnie i przywołali do siebie. Przeprosiłam mojego znajomego i poszłam zebrać burę. A Renato podążył swoją drogą, w rytmie berimbau. 


Chwilę później rozpoczęliśmy piknik. Część na plaży, część na łódce. Ja - tu i tu. 


W drodze powrotnej skuliłam się na ławce i zasnęłam. Po powrocie porozmawiałam z Japonką i Tajwanką. Ludzie z krajów mandaryńskojęzycznych (Chiny i Tajwan - z tych, których poznałam) strasznie się zacinają, mówiąc po portugalsku. Wyglądają jakby mieli jakąś blokadę. Oba języki mają zupełnie inną wymowę, akcent. Prawdopodobnie technicznie też inaczej się mówi (ułożenie języka, ust itp), więc Chińczycy i i Tajwańczycy mają naprawdę sporo problemów. 




19.01.2012. Czwartek. 
Sorte w chuj. 

Tego dnia wstałam cała podeksytowana - wreszcie mieliśmy zwiedzić Mercado Modelo i Pelourinho. Najpierw jednak poszliśmy zobaczyć latarnię morską. Dostaliśmy kwadrans. Na miejscu usłyszałam berimbau. Poszłam popatrzeć i... kolejne zaskoczenie, bo nie tak sobie wyobrażałam capoeira z Bahia. Później dopiero doszłam do wniosku, że nie mogę patrzeć przez pryzmat tego, co widzę w punktach turystycznych. Przecież prawdziwe jogo jest w akademiach. 




Skierowaliśmy się do Kościoła Nosso Senhor do Bomfim. Tak zwany święty od wstążeczek. Zawiązujesz na trzy razy, za każdym myślisz życzenie. Oprócz opasek, gdy ludzie mają problemy z jakąś częścią ciała, mogą zrobić jej odlew i zanieść do kościoła. Wtedy Święty pomoże ją uzdrowić. Jest jedna sala, w której zwisają z sufitu ręce, nogi, wątroby. Nawet penis się znalazł. 





Pojechaliśmy na Pelourinho. 


Tu dygresja - mam szczęście. Zawsze to powtarzam. 
Znacie piosenkę "Tem mare de sorte, tem mare de azar"? Nie? Nie szkodzi. 


Do rzeczy. Staliśmy na placu przy Terreiro de Jesus. Przewodnik swoje, ja rozglądałam się dookoła. I w momencie, gdy pokazał ulice do których nie można nawet zaglądać zobaczyłam osobę w charakterystycznej, brązowej koszulce UNICAR Wrocław. Sekundę później dostaliśmy czas wolny i zakaz chodzenia w pojedynkę. Martynka oczywiście pobiegła sama w zakazaną stronę. 




Stanęłam przed Meste Zambi, Majkelem i Edytą. Wyobraźcie sobie ten szok i euforie. Nikt z nas nie wierzył. Jestem przekonana, że gdybyśmy planowali spotkanie, nie wyszłoby tak "certinho". Mestre zaprowadził nas do restauracji z jedzeniem na wagę, sam poszedł na coś wegetariańskiego. Zjedliśmy razem, rozmawiając. Przyłapałam się na tym, że mózg mi działa po portugalsku. 




W pewnym momencie Majkel powiedział słowo "chuj". Made my day. 

Potem porozmawiałam chwilę z Mestre i rozdzieliliśmy się. 


Skierowałam się w stronę akademii ACMB. Zdjęłam japonki i weszłam do środka. Powiedziałam "boa tarde" żeby zakomunikować swoją obecność, ale nikt mi nie odpowiedział. Zaczęłam się rozglądać po akademii i nagle uslyszałam "Salve!". Obróciłam się - Mestre Bamba. Uściskaliśmy się serdecznie. Powiedział, że pamięta jak obiecałam, że przyjadę. To było naprawdę niesamowite. Szczególnie, że z tego, co słyszałam, trudno jest spotkać Mestre w akademii.


Opowiedział mi historię o Mestre Bimba, o capoeira. Wyjaśnił kilka spraw, co do których miałam wątpliwości. Obgadaliiśmy Torpedo. Naprawdę coś wspaniałego. Kupiłam płytę, poznałam córkę Mestre - Yasmin i skończył mi się czas. 


Pobiegłam na miejsce spotkania, po drodze zaliczając jeszcze jedno jogo. Tak jak pierwszemu capoeirista udało mi się wkleić martelo, tak od drugiego dostałam vengativa. Niby capoeira pod turystów, ale, gdy wiedzą że jesteś w temacie, to się nie litują. 


Poszliśmy zwiedzić kościół i zaczęliśmy schodzić w dół. I tu moje szczęście numer trzy. Gdy mijaliśmy Pousade Felipe i Ani, ta akurat wyglądała przez okno. A Kamila stała na korytarzu. Trochę pisków, kilka minut rozmowy i stety, niestety dalsza wycieczka. Na Mercado Modelo. Całe Pelourinho wydawało mi się znajome. Tu OLODUM, tam Akademia któregoś Mestre. Wszędzie nazwy, które kojarzyłam. Tylko za mało czasu. 




Zjechaliśmy windą na Mercado Modelo - najsłynniejszy i najstarszy targ w Salvadorze.



Zaczęłam robić zakupy. Minęłam jeden sklep, a tam znajoma twarz. Znajoma z internetu, ale tak charakterystyczna, że zostaje w pamięci. Professora Foguete z ACMB. Szczęście no.4. Przedstawiłam się, zaczęłyśmy rozmawiać, kupiłam u niej caxixi. Jejuuuu - świat jest mały. Bardzo mały. 


Dokończyłam zakupy, kończąc tym samym z pieniędzmi w portfelu. Zjadłam acaraje i popatrzyłam na capoeira. Show. 


Zrobiłam "papa Mercado Modelo". I wyruszyliśmy w citytour autobusem, celem wypoczęcia. 


Znacie tych wszystkich ludzi, którzy mówią, że capoeira nie pozwoli Ci przeżyć na ulicy? Może i nie, ale pomaga (niekoniecznie ofiarze). Wyjrzałam w pewnym momencie przez okno. Złodziej uciekał przed właścicielem skradzionej rzeczy. Ten zaczął go doganiać. Na to przestępca dał mu chapa de costa. Ofiara się zatrzymała. Złodziej uciekł. 


Pod koniec dnia pojechaliśmy na przedstawienie o kulturze afrobrazylijskiej. Candomble, taniec z ogniem, puxada de rede, maculele, capoeira, samba de roda. Do maculele wszystko było pięknie. Później zaczęło przypominać Czipendejlsów. Fakt, chłopcy mieli śliczne brzuchy i klaty i pięknie tańczyli, ale... kogoś, kto siedzi w temacie, nie zachwyciło. 




W hotelu czekała na nas impreza z wynajętym djem. Z Eduardo rozkręciliśmy parkiet przy naprawde złej muzyce. Partymonsters. Tańczyłam, nie tańczyłam, aż do momentu, w którym dj puścił funk. Powiem tak - pokazałam, kto jest z Rio de Janeiro (stan funku). 






20.01.2012 Piątek. 
Niecierpliwość. 

W ciągu dwóch godzin snu, śniły mi się naprawdę dziwne rzeczy. Nie przytoczę. 

Wstałam wcześnie, żeby zobaczyć wschód słońca. Myślałam, że to się dzieje szybciej. Po czterdziestu minutach wróciłam do łóżka. O ósmej poszłam zjeść śniadanie i pożegnać się z wymieńcami. 


O dziesiątej wyjechałam z Allison na lotnisko. Wreszcie znalazłam film "O pai, O!"
Nie szkodzi, że wydałam na niego fortunę. Warto. 


Z samolotu nie pamiętam startu - zasnęłam po pięciu minutach. Obudziłam się zdziwiona - w chmurach. 




Trzeba się dziwić.

Do 2013. 

Nie mam komputera. 

A! I chciałam podziękować Tacie, który zafundował mi wycieczkę! 
I Mamie, która też mnie nieco dofinansowała :) 
 

15 stycznia 2012

czworkowa playlista

Nie lubie pisac na cudzym komputerze dlugich wywodow.

Cztery utwory z cyklu 'Jade do Salvadoru'

 


 





w kierunku...

tradycyjnie spakowana w noc przed wyjazdem.

dostalam smsa z rawicza

gralam, bardzo gralam

popsul mi sie kabel od laptopa. i troche laptop.
boje sie dac do naprawy w brazylii. no ale bedzie trzeba.



Salvador, Salvador!

9 stycznia 2012

sorte.


Tydzień zaczął się oczekiwaniem na telefon od Rodzicielki, później kontynacja pod znakiem "Kevcio i jego besteiras", zakończył się dniem kombo (o dziesiątej i szesnastej capoeira <rano w grupie, później trening indywidualny od Mestre dostałam>, o wpół do szóstej siłownia, a później, na koniec, o dziewiętnastej roda de capoeira).

Na roda pojawił się Tristeza. Ewerton powiedział, że dawno tak wielkiego uśmiechu na mojej twarzy nie widział. Dostałam reklamówkę pełną goiabas (odsyłam do cioci Wiki) i zaproszenie na nielegalne (bo wbrew zakazowi Mestre) uczestnictwo w roda grupy Abada.

W nocy się obudziłam, bo coś po mnie chodziło. Prawdopodobnie karaluch lub jaszczurka. Przeszły mnie ciarki tak, że aż wstałam, zapaliłam światło i wytrzepałam kołdrę.


Sobota. Sem vontade.

Obudziłam się wcześnie zgodnie z planem pójścia na roda, ale nie chciało mi się grać. Mimo tego, wstałam z łóżka, pożarłam przepyszne śniadanie i wyszłam do kafejki, żeby złapać Katharinę i wyciągnąć ją do Cabo Frio na plażę.

Wychodząc z kafejki, spotkałam Ewertona, który namówił mnie na pójście na roda, chociażby w celu obejrzenia. A tam moje (znaczy Tristezy) dzieciaki. Pobiegłam do domu, przebrałam się i wróciłam, żeby grać. Roda bardzo dobra. I maculele. Najlepsze, jakie do tej pory widziałam. 



Znikąd, pojawił się Jean (pow meu amor - nao estou xingando vc, nao. vc ta lendo isso. tenho certeza. doido. melhor aprende polones seu burro rsrsrs <zaczął ostatnio bloga przeglądać i co chwilę pyta o co chodzi przy jego imieniu:)>) z bratem i kumplem, których poznałam w Sylwestra. Dali mi dziesięć minut na pójście do domu, spakowanie się, przebranie i powrót. Pojechaliśmy do Cabo Frio. Skróty myślowe: sim muito - plaża - pływanie - cztery osoby na jednym ręczniku - znowu pływanie - chmury.

Gdy zaczęło się zbierać na burzę, zwinęliśmy mój ręcznik i poszliśmy na dworzec, umierając z głodu. Zrobiliśmy zrzutkę na ciastka i wodę mineralną, wytargowaliśmy około pięćdziesięciu centavos, później chłopacy kupili chrupki i goiabadę (takie pyszne) i stanęliśmy w złej kolejce. Znaczy, to autobus podjechał na nie to stanowisko, co zwykle.

Ścisk większy, niż w pociągu Kolei Państwowych w dniach przed Bożym Narodzeniem. Tylko Jean się położył. Bo przeskoczył barierkę. Malandro.

Wróciłam do domu i zagrałam z Helle w karty. W "Dziurę" tudzież "Buraka". I w partiach był remis 2:2, w punktach przegrałam tysiącem punktów (to nie tak dużo, jak się wydaje).

Jest dwudziesta trzecia. Jutro wybieram się do Rio, ale nie wiem o której, bo Gustavo nie odbiera telefonu. Chciałabym wiedzieć, muszę pieniądze wypłacić. Żyję oszczędnie.

Zapomniałam - po raz pierwszy pękłam film w aparacie. Szkoda tylko, że to Yashicowy debiut oberwał. Nic na siłę.

Świetlik w pokoju znów. Jak się odbija od ściany, to świeci.


Niedziela. Jedzcie i pijcie.

Miałam być na placu o wpół do ósmej. Byłam pięć minut wcześniej, w celu wypłaty pieniędzy, tak skrzętnie zachowywanych od początku tygodnia/miesiąca/roku.

Kupiłam wodę w barze. Za mną trzech, jeszcze niewytrzeźwiałych imprezowiczów płci męskiej, połączyło swe siły i zakupiło FLESHa. Usiadłam na ławce. Po kilku sekundach dostałam zaproszenie na śniadanie. Jako że się nie zgodziłam, jeden z nich podszedł i zaczął ze mną rozmawiać.

Jakoś na początku rozmowy wyszło na to, że naszym wspólnym znajomym jest Paloma. To mnie uspokoiło. Później usłyszałam historię o tym, jak koledzy po imprezie zakończonej o siódmej rano wracali z Saquaremy do Araruamy autobusem. Później wpadli, tudzież weszli do rzeki. Następnie, przemoczeni do suchej nitki (ograniczam tłumaczenie wulgaryzmów), jedli sobie śniadanie. W tym momencie przyjechał wehikuł i zawiózł mnie, Gustavo, Helio, Alfonso i Formiguinhę do Rio na roda.

Mieliśmy zaliczyć dwie rodas, ale na drugą ostatecznie nie starczyło nam czasu.

Roda urodzinowa Gaduado Alumar z grupy Escola de Capoeira Manduca da Praia miała rozpocząć się o dziesiątej. Spóźniliśmy się czterdzieści minut, tym samym, byliśmy pierwsi (nawet przed solenizantem).

Zaczęli się schodzić ludzie. Bardzo powoli. Po godzinie gunga wydobyła pierwsze dźwięki w rytmie benguela. Poza nami, osobą najniższą stopniem był estagiario. Mestres, contra - mestres i professores cała wuchta. Także na grę się nawet nie nastawialiśmy.
Jednak ja miałam szczęście. Mestrando Chacal mnie wypatrzył i wrzucił do roda. Trudna gra. Głównie ze względu na muzykę. Szybka Benguela. Ni to Sao Bento Grande, ni to Benguela, jeśli o jogo mowa.




Po roda zaczęło się obchodzenie stolików. Rozmowy z tymi wszystkimi ludźmi, którzy siedzą w capoeira o wiele dłużej niż ja. A poza tym, bez koszulki z logiem grupy, są normalni i mogą puszczać funk z samochodowych głośników. 

Po konwersacjach podano przystawki, a później typowe grillowe jedzenie - ryż, farofa, kiełbasa, miojo (chyba źle napisałam), mięso i warzywka. I deser, w trakcie którego mężczyźni zaczęli grać sambę.







      ja ich nawet nie znam xD


Nie czekaliśmy na tort. Pozapraszaliśmy ludzi na event dnia dwudziestego pierwszego i pojechaliśmy do domów. 




I na koniec "Adrian", który made my day. 


5 stycznia 2012

tem que respeitar


Mój Kevinek ostatnio zrobił BESTEIRA (niektórzy z czytających zapewne o tym wiedzą - zaiste plotki szybko się rozchodzą). Napisałam mu długi moralizatorski list o szacunku, odpowiedzialności itp. Sruty Tuty.
Wymyśliłam fajną rzecz. Jeśli chcecie się bawić, to weźcie do ręki kartkę i coś do pisania.
I wykonujcie polecenia po kolei, bez zaglądania co będzie następnym.




Pomyśl o osobach, które szanujesz. Wypisz na kartce pięć pierwszych, o których pomyślałeś.









JUŻ?














Teraz do każdej dopisz za co ją szanujesz.




Przemyśl. Zinterpretuj. Zastanów się.


Moja lista? Tajemnica.


2 stycznia 2012

Zniszczmy!


Jaki rok, tej!

Zapomniałam ostatnio napisać o strachu. Po roda u Tristezy bałam się przejść stu metrów. Fakt, że było to w araruamskiej faweli ma znaczenie. Pocieszyła mnie obecność sześcioletniego dziecka obok mnie. A ja jestem osobą, która generalnie rzadko się boi, plus mam nienormalną fascynację fawelami. W każdym razie - przeżyłam (i przeszłam to sto metrów z powrotem już sama). 



Trzydziestego pierwszego grudnia obudziłam się późno. Nawet nie zjadłam śniadania - poczekałam na obiad.

Później wyszłam na zdjęcia.

Chciałam zrobić tylko na przeciwko Praca, ale zobaczyłam pełno latawców od kitesurfingu na cyplu (jakieś dwa kilometry brzegiem laguny, jak nie więcej). Postanowiłam tam zajrzeć. Wiedziałam, że po drodze znajdę też sówkę i być może uda mi się podejść dostatecznie blisko.

Efekty przechadzki?







To + Yashica, z której nie wiem ile zdjęć w ogóle wyjdzie, bo wizjer jest z boku, niepołączony z obiektywem i zauważyłam, że przynajmniej raz nie zdjęłam kółeczka. Ehh... to "profesjonalne" słownictwo mnie wykańcza :))

Zaszłam jeszcze dalej, do spotu windsurfingowego, ale tam nikogo nie było.

Kupiłam małe wino, mango i guaranę o smaku acai. Wróciłam do domu, zgrałam zdjęcia, poukładałam pasjanse i przygotowałam sobie kolację. Wina wypiłam półtora kieliszka (rozcienczonego colą i guaraną) i zaprzestałam.

Po niej położyłam się do łóżeczka, obejrzałam jakąś starą Neo - Nówkę, kawałek "Solisty" i "Przyjaciół" i zastanawiałam się czy warto w ogóle wychodzić.

Ostatniego dnia roku 2011 podjęłam przynajmniej dwie dobre decyzje: że wychodzę i że nie biorę ze sobą pieniędzy.

Długo (około pół godziny) włóczyłam się sama, licząc na to, że spotkam kogoś znajomego. Zobaczyłam Eliane, przeszłam się z nią i zobaczyłam Jeana. Pijany, jeszcze bardziej doido niż zwykle. Z kolegami (btw: jak to jest, że zawsze jestem ja sama i mężczyźni?). Doczepiłam się. Wypiłam trochę Martini i Big Apple. I tak sobie staliśmy i rozmawialiśmy do północy. Wtedy się zaczęły wrzaski, uściski i fajerwerki. Te dziwne, kolorowe beczki z górnych zdjęć, to właśnie sztuczne ognie. Trzy platformy pełne materiałów pirotechnicznych ulokowano w większej odległości od brzegu. Widok był niesamowity. Skoro już kręcę się w temacie okołokulturowym, to krótko, rzecz o Sylwestrze w Brazylii.

Rozpoczyna się zwykle rodzinną kolacją w domu. Później każdy idzie w swoim kierunku. Jeszcze w dzień niektórzy puszczają kwiatki na wodzie - na szczęście. Bardziej religijni Brazylijczycy twierdzą, że to Macumba (takie czary, voo doo). No i zapomniałam o najważniejszym. Tradycją jest, że w Sylwestra trzeba się ubrać na biało. Myślę, że około siedemdziesięciu procent ludzi rzeczywiście się tego trzyma.

Wraz z Nowym Rokiem rozpoczął się SHOW - koncert. Same hity! Przy `Pais Tropical` (troche szybszej wersji)


rozpadało się jeszcze bardziej, potęgowało to nasze szczęście. Skakaliśmy, darliśmy się i w ogóle mieliśmy mistrzostwa świata w byciu szczęśliwym. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki! Wyglądałam, wyglądaliśmy, jak po kąpieli w lagunie (tylko deszcz jest czystszy).

Wróciłam do domu, wzięłam ciepły prysznic i postanowiłam popisać, i spędzić trochę czasu ze zmarłymi - mama mówiła, że jak się zapala świeczkę, to kręcą się gdzieś dookoła. Ponadto ponarkotyzowałam się kadzidełkiem sandałowym i Bobem Marleyem.

Patrzę sobię na tę datę - 1.01.2012 i tak jakoś wierzyć mi się nie chce.

Zaczynamy kolejny zajebisty rok!
Nakurwiać! Nie przestawać!


1.01.2012 Niedziela. Teleobiektywem zabij karalucha. 

Obudziłam się po prześlicznym śnie. Posiedziałam. Padało. Zrezygnowałam z Saquaremy. Pomyślałam, że pójdę się przejść. Znów na zdjęcia. Ale najpierw - wyciągnęłam pranie.



Męczyłam się z tym dłużej niż onegdaj z arielowym listem.

Przeszłam się. Wszystko wysprzątane. Wszystko zmył deszcz (w jakiej książce to było?) i pracownicy zatrudnieni przez Urząd Miasta (Prefeitura). 




                                                                buda dla psa ulicznego :)

I nie wierzę, że za dwa tygodnie (2 TYGODNIE!) będę w stolicy Bahia! Ehhh... Może wtedy zaszaleję i napiszę coś ambitniejszego... Zobaczymy.

A propos pisania. Gubię się. Strasznie się gubię i głupieję. Czytam z jednej strony Kazimierza Nowaka, z drugiej Barta Pogodę, a z trzeciej "Biuro Wszelkiego Pocieszenia" - trzy totalnie odmienne style, pomijam juz tematyke. Dwie pierwsze pozycje dają mi dużo do myślenia co do przyszłości, podróży. I zasiewają zwątpienie, dużo zwątpienia. Oj tam! Najpierw matura, później zobaczymy. Co do stylu - tak mi się wydaje... nie, nie - Jestem pewna: trzeba mieć swój! I tylko próbować go ulepszać. Nie ma co kopiować.

Eo eo, H2O.

Szczęśliwego Nowego Roku Misie Pysie! Żebyście byli co najmniej tak szczęśliwi jak ja! I te okropne, krzyczące dzieci za oknem :)