26 czerwca 2011

Czemu kurde wszyscy mnie kochają?

No czemu?

Byłam dzisiaj na grillu pożegnalnym Finki, którą widziałam po raz pierwszy w życiu. Tu tak właśnie jest - ktoś podchodzi do Ciebie na ulicy, rozmawiasz z nim 15 minut i jesteś zaproszony na fejsbuka i obiad. I jak tu żyć? :)

Wracając do imprezy - byli wszyscy wymieńcy z okolicy. Amerykanki, Rosjanka, Meksykanka i Niemiec oraz ich gospodarze. Wreszcie wytańczyłam się do brazylijskiej muzyki. Próbowałam nauczyć jedną 'USankę' jak robić ginga, a po chwili już grałam z Brazylijczykiem. Ludzie mi zazdroszczą, że będę tu rok. Ja zaczynam się aklimatyzować. Mam problemy z językiem, ale to było nieuniknione. I tak widzę, że jest lepiej po czterech dniach. Zdarza mi się nawet myśleć po ichniemu.

I zrobiłam kilka zdjęć, którymi jaram się opór :)









Pozytywnie.

23 czerwca 2011

Voyage, voyage

Doleciałam. Nie napiszę, że cudem, bo właściwie bez wpadek (typowych dla moich wyjazdów) się obyło.
Wawa -> Frankfurt
Spokojnie. Na lotnisku spotkałam Felipe z Bolacha oraz Instruktora Galo, także sama nie byłam. Uśmiechnęłam się do pana w check-in i dostałam miejscówkę przy oknie. Tylko weszłam do samolotu i zaczęłam odpakowywać kopertę od Marisquinho. Odpakowywanie jej zajęło mi z 10 minut (kojarzycie ruskie baby? tak to mniej więcej wyglądało). Przeczytałam trzy razy. Najpiękniejszy list jaki kiedykolwiek dostałam. Samolot miał opóźnienie, także jeszcze zdążyłam wysłać autorowi smsa. Podróż spokojna. Dali jedzenie (fuckyeah).





Frankfurt -> Salvador
Mimo, że lotnisko we Frankfurcie jest jednym z największych w Europie bardzo trudno jest się zgubic. Jaki kraj, takie lotnisko. Samolot ogromny. Miejsce przy oknie. Obok Brazole uczący się wymowy 'Ich' oraz bajka z pingwinem nak*rwiającym gwiazda, rundak, fiflak, salto. Jedenaście godzin lotu, i... Salvador. Piękny. Aż chciałam nie mieć następnego lotu i móc zostać tam chociaż kilka godzin. Muszę uważać na życzenia, bo prawie się spóźniłam na lot do Rio.










Salvador -> Rio
Przespany. I nikt na mnie nie czekał. Przyleciałam o 20.30, szukałam rodziny, telefonu i całej reszty, aż wreszcie przystojny Brazol z informacji polecił komuś zawołać ich przez mikrofon. Nie spanikowałam w żadnym momencie. 22.30 wyjeżdżaliśmy z lotniska.

Araruama
Rodzina jest świetna, bardzo wyluzowani. Raz po raz pytają o Jana Pawła II :)
Śliczny dom. Dużo przestrzeni, patio i wuchta zwierzaków. Osiem psów, każdy inny, taka sama ilość kotów. Dwie papugi, w tym jedna gadająca (niesamowicie mnie rozśmiesza :))
Jadłam już feijoadę i stwierdzam, że jest mega dobra :)
Dzisiaj samba. Ale to po północy.



Vou vadiar.


Aktualizuję.

21 czerwca 2011

pisać,czytać,skakać,biegać

Jak pisać, to pisać.
Pociąg z kontaktami temu służy.
A pani obok jest mistrzem panczlajnów.

Roda de Frutas w ASC i nie wiesz co się dzieje :) Umarłam, definitywnie umarłam.
z wielkim siniakiem na łydce w prezencie od Szymona. Pokazaliśmy klasę, jak zwykle.
Jedna z lepszych rodas w życiu.

A następnego dnia na batizado UNICARU. Najpierw do Wrocka z Szajbą i Kornelem, a później z wrocławiakami do Katowic. Granie i śpiewanie - mistrz. Na miejscu - powitanie z bialską grupą <3 <3 <3
W piątek duża roda, do której udało mi się wejść tylko raz. W sobotę batizado. Osoby, które miały zaprezentować wysoki poziom, dały z siebie 100% i mogą być zadowolone. Ja poklaskałam, popatrzyłam, pośpiewałam i postałam trzy albo cztery godziny. Po przerwie trening z Brazylijczykiem-Którego-Apellido-Nie-Pamiętam. Techniki oparte na bazie, mimo tego, niestandardowe. Z treningu z Suchym niechcący (przysięgam) uciekłam. W niedzielę trening i roda. Wreszcie dużo pograłam, zaśpiewałam (to uznanie w oczach Mestre Zambiego - bezcenne) - roda kompletna. Dostałam martelo na twarz od żółtej cordy. Calma.
Na koniec samba. A na pociąg, naturalnie, prawie się spóźniliśmy. Pożegnałam się z ekipą, na rok.

Podsumowując - kolejny udany wypad. W ciągu tego roku będę strasznie tęsknić za podróżami pociągiem z
najfajniejszymi ludźmi na świecie <3<3<3

jedź już.

'Jak się wyrusza w taką podróż, to się w skrytości liczy na to, że jeśliby dojechać, dożyć, to po drugiej stronie u celu jest taka delikatna obietnica, że się człowiek choć trochę przeanieli.'

Znalazłam chwilę czasu w pociągu żeby coś skleić.

Wczorajszy dzień był straszny. Niespakowana, nieogarnięta, sparaliżowana, trzęsąca się. I przespane trzy godziny. Zawsze do przodu. Przygotowania do wyjazdu dostarczyły mi bardzo duzo stresu. Właściwie do końca nie było wiadomo czy Ambasada wyrobi się z wizą. Wyrobiła się. Pociąg którym miałam jechać miał 100 minut obsuwy (w dalszym ciągu love PKP), pojechałam, a właściwe jadę, expressem.

Pożegnać mnie na dworzec przyszły osoby, które wiedziałam, że przyjdą. Bez łez się nie obyło. Ostatecznie to rok. Dużo i mało. Mam przed sobą wielkie perspektywy, pełno celów do osiągnięcia, plany do realizacji.
Nie będzie łatwo, ale dam radę. Nie mogę zmarnować takiej szansy, po prostu. Nawet jeśli będę musiała wiele poświęcić. Trzeba zawsze brać poprawkę, na to, że nie będzie tak dobrze jak się podziewamy. Nie można się też nastawiać zupełnie odwrotnie. Zachować dystans - poddać się temu, że nie wiemy co nas czeka. Wychodząc z takim założeniem czekają nas niespodzianki i złe, i dobre. Nie wiemy jak będzie, dopóki tego nie przeżyjemy. Kwiecień, maj i czerwiec mnie tego nauczyły.

Chcę otworzyć już ten list.


I kolejny cytacik na który wpadłam w 'Sztuce Życia', odnośnie dzisiejszego poranka: 'Nie da się rozstrzygnąć, czy szklanka jest do połowy pusta, czy pełna, czy życie, także nasze, ma sens czy nie, ale to bliscy ludzie są tym, co pomaga tę szklankę codziennie na nowo napełniać. To zostaje z tego świata: cierpliwość i przyjaźń."

Dziękuję.

budziku.

Blog oficjalnie ujawniony ;)

Jestem spakowana do drogi. Odbieram wizę, śpię, wsiadam w samolot, przesiadam się dwa razy i wysiadam w Rio.

śledźcie.