3 lipca 2012

Celuj

21.06.2012 Czwartek
Dziw się.

Z Poznania wyruszyliśmy w trójkę - Łukasz, Kuba i ja. Kierunek? Barcelona.


Wysiedliśmy na El Prat i autobusem pojechaliśmy do centrum. Na Placa de Catalunya rozdzieliliśmy się - Łukasz poszedł do Asi, a ja z Kubą do Piotrka - po klucze do mieszkania.

Błądziliśmy chwilę w okolicach Katedry, aż dotarliśmy do celu i Piotr otworzył nam drzwi. Do Raju. Trzynaste piętro w centrum Barcelony - było widać wszystko!!



Poszliśmy pod Sagrada Familia, znaleźć Łukasza. Posiedzieliśmy chwilę  w Parku, a gdy nasz kompan się pojawił, wróciliśmy do mieszkania.








Rozrzuciliśmy bagaże, wypiliśmy kawkę, chłopaki zostały, a ja wyszłam do portu na, tradycyjnego już, naleśnika.




Posiedziałam z pół godziny, próbowałam robić serduszka aparatem, sukcesem było to, że nie przybłąkał się do mnie żaden mężczyzna z Azji Mniejszej. 

Zaczęłam wracać. Doszłam do wniosku, że jestem takim kozakiem, że przecudownie znam ulice Barcelony. Te małe, krótkie, ciemne. 

W skrócie - od pierwszego przejścia nocą w faweli, tak się nie bałam. 
Ale uliczki w Dzielnicy Gotyckiej piękne. 






Zanim wróciłam do mieszkania, myślałam, że już mnie nie zaskoczy. 




Piątek. Doida. 

Minął mi rok od przybycia do Brazylii. 22. Doido. Doida. Jak całe dwanaście miesięcy. 

Najpierw poszliśmy na plażę (dlatego jestem czarna :)), a później do Asi. 
Łukasz ciął, a ja z Kubą postanowiliśmy wjechać do góry, do wioski Vallvidrera. 





Zjechaliśmy. Kuba został z Łukaszem, a ja postanowiłam zdobyć kolejną górkę - Montjuic. Głównie z tego powodu, że pojawia się często w książkach Zafona. I poszłam.

Montjuic (to ten płaski szczyt, który widać na przedostatnim zdjęciu), zdobyłam w moich HAVAIANAS (japonki) i boso, raz po raz zatrzymując się na tarasach widokowych i gubiąc się. 

Wreszcie dotarłam do fortecy, znalazłam łazienkę. W niej spotkałam dwie Brazylijki, które też się poznały w toalecie publicznej. Pogadałyśmy, życzyłyśmy sobie miłego zwiedzania i wyszłam na zachwycanie się widokiem. 












O dziewiętnastej zadzwonili chłopacy, że idziemy na kolację. W moich cudownych japonkach, zmordowana,  POSZŁAM do mieszkania. Czułam, że przeszłam dwie długości równika. Wzięłam prysznic i wyszliśmy jeść. 

Szukaliśmy restauracji La Flauta dość długo, pewnie dlatego frytki z jajkiem sadzonym i tabasco smakowały cudownie. 



Sobota. 4 Koty.

Od rana nie byłam w stanie się podnieść z łóżka, więc zrobiono mi śniadanie, które zjadłam w oknie. Chłopacy gdzieś zniknęli, więc sama poszłam, tym razem z innym celem prosto z "Cienia Wiatru" - kawiarnia 4Gats (Cztery Koty). 



A później się poszwędałam. 






Zjadłam obiad  w Juicy Jones. 



Wróciłam do domu, na dłuższą siestę. Zostawiliśmy torby u Roberta, bo Łukasz z Kubą wracali rano na lotnisko i nie mieliśmy już mieszkania, i wyszliśmy na plażę, gdyż była to Noc Świętojańska. 

Jak to wygląda w Barcelonie? Na ulicach trzeba uważać, bo rzucają Ci petardy pod nogi (naprawdę bez przesady). W pewnym momencie dostałam czymś po skroniach. Myślałam, że mam pół głowy rozwalone, ta kilka sekund mnie ogłuszyło, oślepiło itp, ale wyszłam z tego cało. 

(Niedziela. Very nice.)

Po dwunastej zaczęli puszczać fajerwerki. Średnie. Raz tu, raz tam. Około drugiej poszliśmy po rzeczy i pojechaliśmy na lotnisko. 

Położyłam się na ręczniku pod krzesłami na lotnisku. Chłopaki poszły po kawę, a ja próbowałam spać, żeby jakoś funkcjonować, przynajmniej do dwunastej. 

Po piątej pożegnałam się z Łukaszem i Kubą, i pojechałam autobusem w złą stronę, bo mi się pomyliło. Znalazłam dobry autobus i wróciłam do miasta. W nim ludzie właśnie podążali w stronę swych mieszkań, po imprezie, Pakistańczycy krzyczeli na pół ulicy "HASIS, HASIS. MARIHUANA, MARIHUANA". Poszłam znaleźć dla mnie jakąś ławkę do spania. W Hiszpanii, to normalne, że ludzie kładą się na trawie, ziemi, piasku, ławkach, schodach i zasypiają. 

Miałam przy sobie bilet, dziesięć euro i telefon zapasowy pod koszulką w staniku. Usiadłam ostatecznie w porcie i poczekałam, aż zmniejszy się ilość przechodzących osób. 



I w tym momencie się zaczęło. Było około siódmej. 
Podszedł do mnie koleś pytając o zapalniczkę. Powiedziałam, że nie palę. Francuz - niski, z wąsikiem, troskliwy i na pewno je żaby. 

Brazylijczykowi, jak się mocno zasugeruje, że nie ma szans, to odpuszcza. Na Troskliwego Francuza, to nie podziałało. Niestety zaproponował mi śniadanie, co było mocnym argumentem. Powiedział, że mieszka blisko i musi iść po pieniądze. NIE MIESZKAŁ blisko. Szliśmy pół godziny. Na każdym przejściu dla pieszych łapał mnie za rękę, którą ja skrzętnie i zdecydowanie wyrywałam. Cały czas podkreślał, że właścicielka jego mieszkania "Is very nice", i że mają dobre warunki mieszkalne, blisko centrum, za małą cenę. 

Gdy zadzwonił domofonem i usłyszałam damski głos, pomyślałam, że wejście na górę nie będzie tak niebezpieczne. Nie byłam nigdy w burdelu, ale tak właśnie wyglądają w filmach - małe, ciemne, dużo zasłonek i lampek o czerwonym abażurze. No i właścicielka, która wyszła zza kotary. Przeurocza osoba, zaproponowała mi, żebym została, ale powiedziałam, że już mam zapłacony hostel itp, itd. 

Francuz oczywiście nie znalazł euro, tylko funty (bo pracuje w Anglii), więc zaczęliśmy szukać kantoru. O ósmej rano w niedzielę. Pytanie "Are you ok?" pojawiało się przynajmniej raz na trzy minuty. Wreszcie - Francuz zrobił interes życia - wymienił dwadzieścia funtów na dwadzieścia euro. I był przeogromnie zadowolony i dumny z siebie. A ja się prawie popłakałam ze śmiechu. 

Poszliśmy do baru. Zjedliśmy po croissancie z kawą. Poszłam do łazienki, a tam - tylne wyjście. Uciekłabym, tylko siedzieli przy nim pracownicy kawiarni. Cały czas myślałam, jak się uwolnić od Żabojada. Powiedziałam, że chcę pobyć sama. "You can't be alone, you are tired, you need to rolex (miał na myśli relax), I go with you". Wreszcie oznajmiłam, że pojadę dokądś metrem. Podałam mu mój numer telefonu (prawdziwy, bo koniecznie chciał sprawdzić, czy działa) i zakazałam wchodzenia za mną do metra. Gdy tylko przejechałam jedną stację i upewniłam, że mnie nie śledzi, wyłączyłam telefon. Bye - bye, I am going to rolex. 

Pojechałam do Parku Guell. 








Wróciłam do centrum, odebrałam rzeczy od Roberta i poszłam się zameldować w hostelu. 

CDN. 


1 komentarz:

  1. Ja pierdziele! Dziewczyno!:) nie usiedzisz na tyłku!!!:):) ale dobrze dobrze!! tak trzymaj ;) a ja dopiero odkryłam Twój blog;) beijosy!!:)

    P.S. Cytrynówki się napij!!:)
    Fuma

    OdpowiedzUsuń