4 sierpnia 2015

nao quero nem saber!

Od kiedy przyleciała reszta Polaków i inwazja zaczęła się na poważnie zabrakło mi czasu na pisanie. Zatem spróbujmy. 

Sytuacja numer 1. 

Któryś z piątków. Wielka impreza w Barra Hall - normalnie wejście kosztuje 150/200 reali, z okazji koncertu Baiana System - tylko 60. 
 
Siedzimy z Maxem, Cigano i Rudym przed wejściem, przemykają raz po raz znane twarze. Pojawia się ON.

- hablas portugues? 
- rapaz, falo. 

Człowiek był nie do podrobienia. Nie dość, że był około dwudziestoletnim mulatem z dreadami z Japonii, niemówiącym po japońsku, to OSOBIŚCIE poznał FREUDa, EDITH PIAFF, a z Bobem Marleyem nawet niedaleko, w Salvadorze, grał w piłkę. Normalnie Forrest Gump. 


Sytuacja numer 2 (tudzież kontynuacja sytuacji numer 1). Problemy w Bahia. 

Po imprezie z Forrestem, dzień rozpoczęliśmy krewetkami i piwkiem (Cigano nie dał rady), rozwinęliśmy go na plaży sącząc caipirinhę (wszyscy dobrze wiemy, że alkohol zabija się alkoholem, a najważniejsze, to nie doprowadzić do kaca), a skończyliśmy wschodem słońca na plaży z Marcinem, kucharzem i współwłaścicielem restauracji ZULU na Pelourinho, którego Poznaniacy mogą kojarzyć z Dragońskiej kuchni. 
W każdym razie mieliśmy o co się martwić - czy fala, która nadchodzi posmera nas po pośladkach, czy też nie... Kto mnie zna, ten wie, jak bardzo biegam, o jednej rzeczy do drugiej. W Bahia się nie biega. A kto biega - nie jest w Bahia. 




Sytuacja numer 3. 
Mestre stwierdził, że na evencie zmontuje orkiestrę 60 berimbaus. Ale berimbaus przygotuje sam. To znaczy uczniowie Akademii je przygotują. Konkretnie - głównie ja i Pezão. Z tego powodu, że Achilles, tudzież ścięgna, więzadła czy inna kontuzyjna część stopy powstrzymała mnie na tydzień od trenowania, stwierdziłam, że spróbuję swoich sił w rękodziele i podjęłam wyzwanie. Pięć dni przed eventem było do zrobienia od zera czterdzieści kijów (dostawa, mieliśmy nadzieję, że Mestre zostanie przy dwudziestu zrobionych). I impreza w niedzielę od południa, więc w sobotę trzeba było zamknąć temat. Siedzieliśmy naprawdę cały dzień. Na chwilę pojawił się Caveirinha, na drugą chwilę Fantasma z Kanady. I skończyliśmy przed dwudziestą trzecią. Więc...





Sytuacja numer 4. Samba do Reino

Juwenalia. Koncerty od południa na świeżym powietrzu. Oczywiście spóźniłam się na Harmonia do Samba (już dzień wcześniej stwierdziłam, że tylko co drugi ich koncert udaje mi się zaliczyć/zapamiętać), ale były jeszcze trzy dobre koncerty. Świetna była atmosfera zjeżdżania się. Zaczynałam imprezę z Pezałem, chwilę później przyszła Fabiana, Mateuszek z Krzysiem. Skończył się pierwszy koncert - Durvala Lelysa, który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył i poszłam odwiedzić toaletę. Piekło. Laski sikające i wymiotujące gdzie popadnie, inne w opuszczonych spodniach, zataczjące się, i te trzeźwe, lekko przestraszone, podtrzymujące koleżanki. Ale przeżyłam. Kolejny koncert Thiaguinho - ogień, samba cudo i eksplozja radości, spowodowana przybyciem również reszty ekipy, w tym Edzi, która z lotniska pojechała na Pelourinho zostawić walizki, po czym zrobiła prawie tę samą odległość żeby przyjechać do nas. Takie rzeczy na Bahia. Na koniec Sorriso Maroto - za wolno, ale właściwie nie wiem czy bym nie wybuchła gdyby było coś szybszego. 



We wtorek przyleciał Patryk. Kolejna radocha i ekipa ASC w komplecie. I impreza na której spotkałam kolegę z pierwszego koncertu Harmonia do Samba (Świat jest mały, Bahia jeszcze mniejsza). Zakumplowałam się poprzez metody negocjacji ze sprzedawcą piwa, który w dalszym ciągu nie chce mi sprzedać trzech za piątaka, ale ostatnio zaśpiewał mi sto lat. Não quero nem saber. 

Przed - Siribinhę chyba nadrobiłam :) 

Aaaaa... A berimbaus będę mieć na sprzedaż :) 

Axé! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz