3 maja 2012

só melhor


24.04.2012


W poniedziałek trening Angola. Na nim - roda muzyczna, z TAKIM AXE! Rozluźniłam się bardzo, a ręce na drugi dzień opadały.

We wtorek trzy treningi, a w środę Sapinho.

Dziewczyny od rana coś kombinowały - "Nie możesz iść do biblioteki, bo naprawiają komputer", a na koniec treningu "Musisz się rozluźnić - chodźmy do biblioteki". Weszłam, zobaczyłam ciasto, napoje orzeźwiające, cukierki i moje uczennice, niektóre zaryczane. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Ktoś w szkole puścił plotkę, że to mój ostatni dzień pracy. Wszyscy się ucieszyli, że zostaję jeszcze miesiąc. Zebrałam prezenty, kolejne listy i rysunki.





Gabriel - adhd  :) 




Wieczorem poszłam na moją ostatnią festivę (ostatnie spotkanie miesiąca) w Rotary. Mestre z Adrianą też zostali zaproszeni. Chciałam im złożyć oficjalne podziękowania. Wiedziałam, że będzie ciężko.

Na początek, Niobe powiedziała kilka słów o moim pobycie w Brazylii, rodzinie. Po trzech sekundach ryczałam. Dostałam certyfikat, później dyplom. Następnie moja brazylijska mama zaczęła mówić o tym, co Mestre i Adriana dla mnie zrobili. Po pierwszych zdaniach zalaliśmy się łzami, a ja naiwna myślałam, że uda mi się coś jeszcze powiedzieć. Spróbowałam, ale nie byłam w stanie dokończyć. Gesty dokończyły za mnie.


W piątek po roda Tristeza powiedział, że jedzie poprowadzić trening w filii GICAP w Rio, która znajduje się w Rocinha - drugiej pod względem wielkości faweli w Brazylii. Dostałam zaproszenie i nie wahałam się długo - w sobotnie południe wyjechaliśmy.

Przegadaliśmy całą "w tę". Thiago jest osobą, którą szanuję przynajmniej tak jak Mestre. W temacie capoeira wie całkiem sporo. W porównaniu, z niektórymi ludźmi, bardziej zaawansowanymi niż on - naprawdę czasem zagina wiedzą.

Porozmawialiśmy też o sposobie prowadzenia zajęć. Jak przekazać dzieciakom więcej capoeira w mniej nudny sposób.

Naprawdę Tristeza jest osobą, którą uwielbiam i, gdyby kazał mi zrobić jakąkolwiek bzdurę, zrobiłabym to, bo wiem, że miałoby to głębszy cel.

Dojechaliśmy na Dworzec Centralny (który, jak większość dworców centralnych, skupia w sobie żebraków, bezdomnych, pijaków, i dużo smrodu. Wzięliśmy moto - taxi (bo auto - taxi, nie ma zbytnio możliwości poruszania się w faweli) i zatrzymaliśmy się przy akademii ju-jitsu, w której Professor Peroba otworzył filię grupy GICAP.
Spotkaliśmy Estagiario Cansado, zjedliśmy i zaczęliśmy trening.


Grupa składa się z osób, które miały już do czynienia z capoeira, ale pod innymi logami. Abada, Capoeira Brasil i inne, bardziej miejscowe.

Trening jak zwykle bardzo dobry, roda gorsza.

Po trzech godzinach skończyliśmy i zeszliśmy na dół faweli, gdzie odbywała się roda innej grupy. MA SAK RA!
Pierwsze "bo" - brak klaskania i odpowiedzi chóru.
Drugie "bo" - kopanie się. Właściwie mało to przypominało capoeira. Tristeza wyszedł cały poddenerwowany, ja zdziwiona.

ten czlowiek wyrosl jak spod ziemi i powiedzial zebym
zrobila mu zdjecie. pozniej okreslil sie jako moj maz :) 





Wróciliśmy na Dworzec, spóźniliśmy się na autobus, więc czekaliśmy półtorej godziny na kolejny - nie przerywając rozmowy. Tym razem o piosenkach. Zebrałam kilka tekstów.

Wyjazd naprawdę świetny. Cieszę się, że jeszcze bardziej poznałam Thiago, i że pogłębiło się moje uwielbienia i szacunek do niego. Ja chcę jeszcze raz ;)

Wróciłam do domu o pierwszej. Po zdaniu relacji i rozmowach, poszłam spać o trzeciej z zamiarem obudzenia się o siódmej i powrócenia do RIo. Żeby wreszcie pozwiedzać.

Umówiłyśmy się z Miriam, że o ósmej odbierze nas z domu. Była po dziesiątej.



Najpierw pojechaliśmy na wielki targ, na którym właściwie tylko zjedliśmy i poobserwowaliśmy pijanych ludzi tańczących forró. No cóż. Nastawiałam się na zakupy, ale tak to jest, jak się podróżuje z matką i jedynaczką.



Potem pojechaliśmy na Praia Vermelha - Czerwoną Plażę, która znajduje się blisko Pao de Acucar (Głowa Cukru - ta wielka słynna skała, bez Jezusa). Zapłaciliśmy sporo, ale warto było. Widok Rio nocą, na pewno jest lepszy niż za dnia.




Chopin



miala byc vengativa -,-







Później wróciliśmy do domu.

Od rana padało. Ale nie na tyle, żeby nie wychodzić z domu. Pojechaliśmy do Centrum na ulicę Uruguaiana (urugwajańską?), komercyjną, tanią ulicę w Rio. Zdążyłam kupić spodnie zanim rozpadało się na dobre.




Zjedliśmy obiad w domu i udaliśmy się do North Shopping, gdzie udało mi się kupić trampki (bo moje z dziurą w podeszwie były mało wygodne). I szachy dla Jurka.


slynna brazylijska pupa






Dnia następnego mieliśmy od rana wracać do Araruamy. Wyjechaliśmy w południe. Byliśmy na miejscu przed dziewiątnastą. Zatrzymaliśmy się tu, tam i **** wie gdzie jeszcze.





Wniosek z podróży - lepiej zwiedzac samemu.

Przepraszam za lakoniczność, ale nie mam czasu. Biegam strasznie. I przepraszam za jakość zdjęć, to trochę ze strachu, że mi ukradną Canona. I lenistwo.

Jest to jeden z ostatnich wpisów przed wylotem. W Polsce będę dwudziestego ósmego.

Buziak. I wielki Bless Up. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz