15 czerwca 2013

Noruega da poooooorra

Opcja Norwegia pojawiła się wraz z postem Fabiany na Facebooku. Po sześciu miesiącach bycia au pair w USA, przeniosła się do Holmestrand - 50 kilometrów od Oslo. Czyli nocleg, który jest zwykle największym problemem, ze względu na ceny, zapewniony. Postanowiłam, że do miasteczka dojadę stopem, a jedzenie kupię w Biedronce. Kilogram musli i skrojony na kanapki cały chleb.

Dużym, iście kobiecym dylematem była kurtka - brać czy nie? Wzięłam głównie dlatego, że miałam spać na lotnisku.

Wylądowaliśmy (zdziwiło mnie, że nikt nie klaskał). Pierwszym językiem, który usłyszałam w Norwegii był portugalski. Od razu zapytałam czy są z Brazylii. Tak, z Rio. No i zaczęła się półgodzinna rozmowa. Około czterdziestoletnia lesbijka z Barcelony wybrała się w podróż ze swym kolegą gejem (który wyglądał niczym model bokserek Calvina Kleina ehhh...) do Norwegii. Właśnie wracali. Byli zawiedzeni tym, że kluby w Oslo są zamykane o trzeciej nad ranem.




Zdecydowałam się wreszcie na rozpoczęcie drogi do Holmenstrand. W pół godziny złapałam pierwszego stopa. Dojechaliśmy do Moss, zrobiliśmy objazdówkę i poszłam na prom. Tu wygrałam życie - nie chcieli ode mnie kasy za bilet. Mimo, że od innych brali pieniądze, a przed wejściem wisiał cennik. Popłynęliśmy przez Oslofjord do Horten.








Dopłynęliśmy do Horten (skończyło się moje bycie Leonardem Di Caprio). Znalazłam zamknięte 'Tourist Info', zerknęłam na mapę i stwierdziłam, że muszę iść na północ. Korzystając z mojego kompasu w telefonie - tak zrobiłam. Zgubiłam drogę, znalazłam wylotówkę na Holmenstrand i czekałam z wyciągniętą kartką. Nic nie chciało mnie wziąć, ale akurat przejeżdżał autobus. Okazało się, że nie jest taki drogi. 





Wysiadłam na ulicy, na której znajduje się dom Fabiany. I tu się zaczyna... Do tej pory szło w miarę łatwo. Numer poszukiwanego domu: 50, a ostatni dom ma numer 42. Zeszłam w dół, pytałam ludzi. Zmęczona postanowiłam zadzwonić. Czemu tego nie zrobiłam wcześniej? Hmm... Jestem mocno uprzedzona do brazylijskiego wskazywania drogi. Byłam w Holmenstrand o 20.00. Do Bii zadzwoniłam jakieś pół godziny później. Przeszłam całe miasteczko w tą i z powrotem (dosłownie), bo się nie rozumiałyśmy. PQP. Wróciłam na przystanek, na którym wysiadłam i poszłam za miasto w drugą stronę. Numer pięćdziesiąt okazał się być oddalonym o dobre 700 metrów od ostatniego domku oraz położony poza granicami miasteczka. 

Morał 1: dobre złego początki. 
Morał 2: nie słuchaj Brazylijczyków jeśli wskazują Ci drogę

Po 22 dotarłam do domu, w którym Fabiana pracuje jako au pair. Opiekuje się Hanną - sześcioletnią dziewczynką. Jej ojciec jest niesamowitym gburem. 

Pobawiłyśmy się z Hanną chwilę. Zjadłam ciepły posiłek i zaczęłyśmy nawijać po portugalsku. Różne tematy. I tak sobie siedziałyśmy do trzeciej nad ranem, a na dworze wciąż było jasno. 




Nazajutrz poszłyśmy na spacer po okolicy. I zgubiłyśmy się w mieścinie o sześciu uliczkach (które niestety są położone na różnych wysokościach). 





Po spacerze, który się nie kończył, spałam ze trzy godziny. Później Hanna zaprosiła nas do oglądania 'Monster High', po czym ze względu na zmęczenie - dałam sobie pomalować twarz na tygrysicę. 

W czwartek rano (o 11) pożegnałam się z Fabianą i ruszyłam "NA OSLO".





1 miejscówka - 1 godzina - NIC - Przeszłam na drugą stronę miasta 
2 miejscówka - 30 minut - NIC - Kawałek dalej 
3 miejscówka - 0,5 minuty - ciężarówka do Oslo

Mój kierowca, ma żonę Polkę, nie lubi policji, nienawidzi Oslo i Norwegii, a poza tym, cytując: 'Ma wy*ebane'. Fajny człowiek, serio. Zawiózł mnie do samego centrum stolicy, pokazał dalszą drogę i życzył powodzenia. Ja mu też. Szybko przeszłam przez Oslo. Pamiętając o low-budżecie kupiłam dwa banany i pomarańcze. Chwilę posłuchałam Mariachich. Poszłam na stację. Znalazłam wi-fi i chwilę później szłam na roda. 





Na angolę miałam ochotę od dawna. Akurat miałam to moje szczęście i zamiast treningu była roda urodzinowa trenera i jednego ze starszych uczniów. Dwie i pół godziny. Energia całkiem inna. Była na dobrym poziomie przez cały czas. Zagrałam dwa razy, bo tylko solenizanci grali. Ciężko się przystosować, wróć - odnaleźć. Pomimo tego, że co jakiś czas traciłam punkty przez poruszanie się, to wybrnęłam z trzech naprawdę podbramkowych sytuacji, tak jak na uczennicę ASC przystało. Bo (i tu morał 3) gra się nie kończy. A! Przed pierwszą grą zaśpiewałam ladainhę. Debiut na roda. Zjedliśmy owoce, napiliśmy się szampana i pożegnałam się ze wszystkimi. U Marty wzięłam prysznic i ruszyłam w drogę powrotną. 

Wracając na chwilę do tematu capoeira. Nie planowałam pójścia na rodę, trening, cokolwiek, ale zabrałam abady, bo co jeśli... I tak to jest, że po pewnym czasie, to nie Ty szukasz capoeiry, to ona szuka Ciebie. 





Pociąg do Rygge nie jedzie na samo lotnisko, ale ze stacji jest zsynchronizowany z nim darmowy autobus, który odjeżdża kwadrans po przyjeździe pociągu. Tylko że ciuchcia spóźniła się 20 minut. Ciemno (bo były chmury), do lotniska 5 kilometrów. Chwilę postałam, posłuchałam muzyki, potańczyłam - miałam bardzo dobry humor. 




Pewnie ostatecznie poszłabym na to lotnisko pieszo, ale koleś, z którym czekałam zadzwonił po taksówkę. Gdy przyjechała, pomachał do mnie ręką. Zwątpiłam, ale nie wyglądał na gwałciciela. Zapytał dokąd jadę. Powiedział, że będzie przejeżdżać obok lotniska. Wsiadłam. Nie byłam pewna, czy mam płacić jakąś część, czy nie. Zapytałam czy taksówkarz przyjmuje karty płatnicze. Odpowiedział, że tak. Dojechaliśmy na lotnisko. Zapytałam jaką część mam zapłacić. "I will take care of it. Just have a good flight". Nie wierzyłam. 

Morał 4: jest niesamowicie dużo dobrych ludzi na świecie. 

Na lotnisku chwilę pospałam w pozycji siedzącej (wyuczonej w Colegio Araruama), a później rozłożyłam sobie trzy krzesła i tak dobrnęłam do odprawy. Podobno albatrosy umieją spać podczas lotu. Ja też. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz