9 sierpnia 2013

é gucci?

30.07 Brava

Brava - czyli powalajaca znajomosc wloskiego.
Wybaczcie brak polskich znakow. W Linuxie jestem niczym slepa.

Jeszcze na Lawicy bylam zirytowana biegajacymi dziecmi, blondyna dzwoniaca co chwile do kogos innego oraz jej siedmioletnia corka, ktora stewardessy nazywala laskami.

Lot poszedl gladko. Widzialam Alpy (?) z gory. Mega widok! No i cala irytacja skonczyla sie, gdy przestal otaczac mnie jezyk polski, a zamiast niego, co chwile slyszalam 'brava' i 'ragazza'. Gubiac sie kilkakrotnie dotarlam do hostelu, w ktorym moimi wspollokatorami okazali sie japonczycy.

31.07 Cacciatore

Moj pierwszy dzien w Mediolanie zaczal sie szukaniem sniadania. Szlam w strone centrum czekajac az znajdzie sie TA idealna cafeteria. Wlasnie z tym sie wiaze moje glowne rozczarowanie dotyczace Mediolanu. Brakowalo mi strasznie tych malych uliczek z barami z kawa i rupieciami. A jak juz myslisz ze zaczyna sie ten klimat, to nagle JEPSSSSSSS - ulica z samochodami. Ehh... No zycie. Znalazlam ostatecznie jakas kawiarenke w poblizu katedry Duomo i mozzarella w kanapce poprawila mi humor :)


Pierwszym punktem zwiedzania, o dziwo, nie stala sie wspomniana katedra, a Muzeum Sztuki Wspolczesnej, ktore zachecilo mnie nazwiskiem 'Andy Warhol' i okazalo sie byc darmowym. Oprocz wystawy czasowej, byly tez stale, a wsrod nich archiwum, w ktorym dosc ciekawymi eksponatami byly wlosy splecione w warkocz i waciki z patyczkow do uszu. Zuzyte. 

Pozniej poszlam do Duomo. Jest przeogromna I ma najpiekniejszy witraz jaki widzialam (a bylo ich sporo). A! W srodku sa wystawione ciala biskupow i arcybiskupow. Twarze zakryte srebrnymi maskami, ale widac trupie, pomarszczone rece. Z pozostalych obserwacji, to troszke mnie zdziwilo, ze wiecej swieczek z prosbami o wstawiennictwo jest do Najswietszej Panienki, niz do Jezuska na Krzyzu. Tyle.




Nastepnie zaliczylam pielgrzymke. Naprawde. Nie ogarnelam zadnych miejsc, ktore bym chciala zobaczyc, wiec poszlam zwiedzac te zaznaczone na mapie. Trzy koscioly pod rzad. Mea culpa... Mea culpa... 
Pozniej palac Sforzow. I park. I drugi park. Pizza. Odpoczywanie i... CROSSOEIRA!!! Zdecydowalam, ze pocwicze w parku. Wstepnie mialy byc schody, ale nie znalazlam zadnych godnych Rocky'ego. Z tym ze po drodze do parku byla stacja MILANO CENTRALE, a w kazdym z wejsc SCHODY. Malo, bo malo, ale strasznie fanie, przy ludziach jedzacych makarony, pizze, wnoszacych bagaze, a Ty sobie biegniesz. Poziom wyzej. W parku - skakanie, pompki, przysiady, brzuszki, jak sie chce to mozna!



Hostel - mycie, czytanie. Japonczycy wyjechali i zamiast nich pojawilo sie dwoch kolesi jeden nerd, drugi - przesympatyczny metalowiec Kostarykanczyk. 

01.08 Fechado

Zauwazylam, ze gdy budzilam sie chwile po osmej, zadnego z moich wspollokatorow juz nie bylo. A to przeciez wczesna godzina. 

Rano wyszlam z planem odwiedzenia wloskieego Manhattanu, cmentarza, San Siro i Monte Stella. Niedaleko centrum biznesowego zjadlam sniadanie. Obserwacja spoleczno-obyczajowa - im wyzsze Wloch ma stanowisko w firmie, tym wyzej ma nos, i tym bardziej pomiata ludzmi (przy okazji zgrywajac `rowniache`). Nie mam odniesienia do Polski, moze tak samo. 

Przeszlam sie miedzy szklanymi biurowcami przy dworcu Garibaldi i skierowalam swe kroki na cmentarz. 
ZASKOCZENIE. Gdyby na Per Lachaise w Paryzu nie spoczywalo kilka znanych osob, to malo kto by o nim slyszal. Bynajmniej, paryski cmentarz do Cimentario Manumentale sie ma co startowac. Troche to wyglada jak swiatowa wystawa grobowcow. Sa tez miejsca na prochy w kapliacach. Prawdziwa nekropolia. 

Z cmentarza podazylam w okolice San Siro, zobaczyc hipodrom i stadion AC Milanu i Interu. Wzdłuz tepo pierwszego ciagnie sie mur caly w graffiti, nie tylko o tematyce pilkarskiej. Doszlam na stadion i nawet skusilam sie na zwiedzanie. Muzeum - zdjecia, koszulki, puchary. Stadion - duzy (prawie 68000miejsc), kolorowy. Przewodnik - najlepszy! Mowil po angielsku z akcentem kowboja. 

Po stadionie, mimo tego, ze moje nozki stawialy opor, poszlam zdobyc Monte Stella. Niewysoka gorka, pagorek, ale mialam dwie chwile rezygnacji. Widok z gory przysloniony w czesci przez drzewa, ale ladny. 

Po pielgrzymce zdecydowalam sie na uzycie metra, by dojechac do miejsca z najlepsza pizza w Mediolanie. Otoz niepowodzenie - zamkniete. 
Zanim wrocilam do hostelu jeszcze chwile szukalam pizzerii/trattorii, w ktorej obsluga nie byla skosnooka. Nie. Zamiast na pizze poszlam do parku, a nastepnie w ramach Zlotej Godziny (pozdrawiam Kornelka) zjadlam najwieksza porcje lodow w zyciu. Na pewno nie poszla w cycki... 

W hostelu umylam sie i jeszcze szybko postanowilam zrobic night tour`a tramwajem. A tramwaje to chyba najfajniejsza rzecz w Mediolanie. Jeszcze ten moj byl bardzo stary i mial drewniane lawki wzdluz tramwaju. Maraviglia.

2.08. Ciao Milano 

Wybaczcie brak zadowalajacej ilosci zdjec. Nadrobie to. Nie wiem kiedy, ale nadrobie. Tymczasem - ARARUAMA :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz