24 lipca 2011

Można czytać na raty.

Do Rio wyjechałyśmy o szóstej rano w niedzielę. Nie spałam w nocy, w samochodzie też nie mogłam zasnąć. O godzinie trzynastej skończyłyśmy załatwiać sprawy rodzinne i pojechałyśmy w kierunku Grajau - dzielnicy, w której znajduje się mieszkanie najstarszej z sióstr - Gabrieli. Tam, jak jedno ciało, wszystkie trzy (Gabi, Juju i ja) rzuciłyśmy się na łóżko i obudziłyśmy się trzy godziny później. Wyszłyśmy z domu z PLANEM kino. Znacie już mniej - więcej brazylijskie planowanie. Poszłyśmy zjeść do centrum handlowego, a później do baru spotkać się gabrielową przyjaciółką. Bar - mało miejsca wewnątrz, dużo na chodniku. Kelnerzy rozkładają tyle stolików, ile jest potrzebnych, nie zawadzając przy tym przechodniom drogi. Trzygodzinna rozmowa (mam coraz mniej problemów z rozumieniem), cynamon, samochody półtora metra za moimi plecami, fioletowy Jezus patrzący z góry i 'I know you want me' na pół Rio, w wykonaniu Murzyna z odpicowanego samochodu. Po jedenastej powrót autobusem do domu, czyli - Rio by night.


Poniedziałek.
Obudziłam się o jedenastej.
Klimat poranku:

Wypiłam herbatę (zaznaczam, bo tu nikt nie pije herbaty), zjadłam jogurt i mandarynkę, wypisałam sobie z atlasu anatomicznego kości i mięśnie, potencjalnie zagrożone kontuzją. Popołudniu zjadłam lazanię, wyszłyśmy na plażę oglądać zachód słońca, a doszłyśmy do kina. 'Harry Potter'. Kevciu, debilu, słońce Ty moje najjaśniejsze, strasznie, przeokropnie za Tobą zatęskniłam. Aż nacisnęłam zieloną słuchawkę, ale nie mogłam się połączyć... Jak do tęsknienia za jednym się przyzwyczaiłam, to drugi mi tu kurde wyskakuje. Wracając do kina - dawno nie było filmu, który tak dobrze mi się oglądało. Nie jest arcydziełem, ale ostatecznie całe moje dzieciństwo to filmy i książki o Harrym :) 
W drodze powrotnej Juju zaśpiewała 'Tchubirabirom'. I tak mi chodziło po głowie do rana. 

Wtorek. 
Pobudka o jedenastej. Śniadanie mistrzów - kakao i jogurt. Później Ipanema. Taka plaża. Po dwudziestu siedmiu dniach w Brazylii wypiłam wodę kokosową prosto z kokosa. Mam fotę w bartkowej koszulce, którą dostałam żeby pozwiedzała świat i była na zdjęciu. 


Na plaży pełno surferów w wieku ok 14-65. Poszłyśmy na jakąś skałę i podziwiałyśmy widoki w ten jakże pochmurny dzień. 







Następnie udałyśmy się do centrum handlowego (po drodze kupując acai <3), w którym znajduje się Policia Federal. W skrócie - spiekłam buraka przed mega-super-opór-przystojnym-i-umięśnionym policjantem. Okazało się, że nie mogą mi pomóc w legalizacji pobytu, ale na lotnisku POWINNI coś widzieć. Godzinny powrót autobusem do domu. Bez biletu, bo biletów nie dają. Machasz na autobus (który jeździ bez rozkładu), wchodzisz do środka, za siedzeniem kierowcy jest bramka, którą można przekroczyć po zapłaceniu bileterowi lub bileterce. Podróże są szalone. Zdarzyło mi się jechać z budzącym respekt panem o czarnej karnacji z tatuażem na ramieniu i okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Po zamknięciu drzwi tylko krzyknął 'Segura!!!'. Podróż wyglądała dokładnie tak:




 A bilety w bramkach do metra są połykane. I jak tu zbierać?

W domu obejrzałam film 'Ó, Pai, ó', o karnawale w Salvadorze i o życiu codziennym. Polecam :)

Środa.
Tym razem normalna polska kanapka na śniadanie. Pojechałyśmy na uniwersytet. Weszłam na kawałek Głowy Cukru. Widziałam sławnego gościa z noveli. Gdybym była w Rio sama, prawdopodobnie zwiedziłabym już najważniejsze zabytki. Ale nieeeeeee.... Wszystko na spokojnie. Do zmian planu, o których pisałam już trylion razy przyzwyczaiłam się szybko. Teraz pracuję nad sobą - praca u podstaw. Masło maślane. W domu - absolutna misja galaretka i inne trunki. Musujący napój zaczął bąbelkować mi w rękach. I basen. Wskoczyłam, pobiegałam i popatrzyłam w gwiazdy.




Czwartek. 
Skwar taki, że do szesnastej nie wychyliłyśmy nosa z domu. Później pojechałyśmy do dzielnicy Lapa (w głowie piosenki typu: fui na Lapa) zobaczyć kolorowe schody i Arcos da Lapa. Miałyśmy dużo szczęścia - spotkałyśmy artystę w trakcie 'robienia' schodów. Opowiedział, że chcieli go zatrudnić w Barcelonie, przy wykańczaniu dzieł Gaudiego, ale odmówił, bo zbyt kocha Brazylię. 





A wodociągi? Wiem tylko tyle, że pewien Francuz, chciał zrobić zdjęcie, ale spadł. Do jego zwłok podbiegły 'dzieci ulicy' i zabrały portfel, zegarek i aparat. Taka tutejsza, szara codzienność. 




Piątek. 
Lapa by night. Czyli stanie pod barem. Rozmawianie. A pod koniec ogarnianie najstarszej siostry. 

Sobota. 
Od rana Bob Marley i dobry humor. 
Później Araruama. Moje Mielna wróciły :) 







1 komentarz:

  1. "wypisałam sobie z atlasu anatomicznego kości i mięśnie, potencjalnie zagrożone kontuzją. "

    MUAHAHAHHA <333

    ja już chcę do brazylii!

    OdpowiedzUsuń